piątek, 4 października 2013

Cydr Ignaców

Myślałem, że o cydrach już więcej w tym roku pisać nie będę, ale wyszło inaczej. Po kilku degustacjach temat wydawał mi się chwilowo zaspokojony, ale podczas buszowania po sklepach piwnych trafiłem na coś interesującego - cydr z Ignacowa. Co w nim ciekawego? Ano ponoć to bardzo dobry trunek, w niczym nie ustępujący produktom zagranicznej, dużo bardziej doświadczonej konkurencji.
Twórcy ponoć byli zainspirowani cydrami z zachodniej Anglii, zapewne więc Ignaców to owoc prób pod tytułem "zróbmy coś podobnego, a nawet lepszego". Gdzieś tam nawet przeczytałem, że wyspiarze ponoć byli pod wrażeniem podczas degustacji napitku spod Grójca. Ja niestety porównania z brytyjskimi cydrami nie mam.
Sam cydr zwraca uwagę na półce, choć minimalistyczny styl etykiety pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Ale ponoć taka teraz moda. A że i cydry są modne... zresztą, wystarczy spojrzeć na listę miejsc, w których Ignacowa można się napić. Na szczęście można go też kupić w zwykłych sklepach, no ale tym to już nie ma się co chwalić, żaden lans.
Zwraca też uwagę cena. Nie wiem, czy zrywanie jabłek w Polsce jest dużo droższe, niż w krajach zachodniej Europy, a może transport z Grójca do Warszawy kosztuje więcej, niż z Francji do Polski? W każdym razie - cena 8 złotych za 275 ml cydru to sporo. W Marks&Spencer mignął mi jakiś cydr vintage za około dyszkę za pół litra. No ale pewnie nie ta klasa, nie ten styl. A może po prostu się czepiam. Zatem staram się zapomnieć o cenie, nie zwracać uwagi na lans i hipsteriadę, wlewam Ignaców do szkła i zaczynam.

czwartek, 3 października 2013

Dębowa Black Oak

Po niedawnej przygodzie z czarnym Stanislavem dziś coś równie ciemnego - Dębowa Black Oak. Wódka w sumie dość popularna, ale pewnie w większości przypadków raczej kupiona jako prezent, niż jako trunek do spożycia. Choć z drugiej strony - skoro ktoś ją dostaje, to pewnie też i ktoś ją pije, więc świadomość w narodzie powinna istnieć. Ja również jej próbowałem, jednak były to nieco niesprzyjające degustacji okoliczności. Wódka zainteresowała mnie jednak na tyle, że postanowiłem się nad nią bardziej skupić.
Przy okazji chciałem też czegoś się o niej dowiedzieć, ale niestety nie jest to łatwe. Nawet producent nie umieszcza na stronie żadnych ciekawych informacji, poza krótkim opisem smaku. Co to zatem za wynalazek? Cóż, najprostszą opcją są aromaty i barwniki, a skoro firma nie chwali się naturalnymi składnikami, to rzeczywistość może być dość smutna.
Ja jednak staram się nastawiać pozytywnie. Nawet jeśli współczesna chemia brała udział przy tworzeniu tego trunku, to w sumie liczy się efekt końcowy. Pora więc sprawdzić, co to za cudo. Zapraszam dalej.

wtorek, 1 października 2013

Zawiercie, Jurajskie Stout Czekoladowy

Ciągle nie jestem w stanie zrozumieć, co kierowało zarządzającymi Browarem na Jurze, którzy zwykłego stouta nazwali "Zawiercie czekoladowe". Może w kraju, w którym połowa półek piwnych nie jest zastawiona rozmaitymi, aromatyzowanymi wynalazkami, miałoby to jakiś sens, ale u nas? Toż to oczywisty strzał w kolano! Bo i kto będzie kupował piwo, które kusi taką nazwą tabliczką czekolady na etykiecie? Jeśli jeszcze w dodatku zostanie ustawione na półce obok Magnusa Czekoladowego, to nieszczęście gotowe. Potem krzyki, że to gorzkie, i że w ogóle nie czuć czekolady, i co to w ogóle za świństwo?
Ktoś jednak w końcu poszedł po rozum do głowy i zrozumiał że to, iż piwo ma czekoladowe nuty w aromacie, nie znaczy od razu, że trzeba je nazywać czekoladowym. Lepiej późno niż wcale. Dzięki temu dziś w mojej szklance wylądowało Jurajskie Stout Czekoladowy. Nie będzie przynajmniej wrażenia, że znów katuję się jakimś smakowym wynalazkiem. Choć "słodyczowy" człon w nazwie może zwabić kilku nieświadomych. W każdym razie Zawiercie nieco odświeżyło swoją gamę piw, można więc im się przyjrzeć z bliska i sprawdzić, co obecnie oferują. Zapraszam zatem do dalszej lektury!

niedziela, 29 września 2013

Tobermory 1995 Murray McDavid 15 YO

Dziś do szkła trafia pierwsza na moim blogu whisky z rozlewu niezależnego.
Dla niezbyt zorientowanych w temacie na szybko wyjaśnię, o co z tymi rozlewami chodzi. Otóż jest grupa firm (ostatnimi czasy coraz liczniejsza), która zajmuje się kupnem beczek whisky od destylarni i ich późniejszym rozlewem. W zdecydowanej większości przypadków wiadomo, z jakiej gorzelni trunek pochodzi, choć bywają wyjątki.
A jaki jest cel takiego postępowania? Przecież oficjalna oferta destylarni jest na tyle bogata, że prawie każdy powinien znaleźć coś dla siebie. No właśnie, kluczowe jest stwierdzenie "prawie każdy". Whisky od niezależnych dystrybutorów to jakby kolejny krok na drodze poznawania tego trunku. Zazwyczaj rozpoczyna się od blendów, potem przychodzi czas na oficjalne malty, a dalej jest już tylko trudniej.
Niezależne rozlewy z kilku względów są bardzo interesujące. Przede wszystkim często dają możliwość poznania trunku nieco różniącego się od tego pochodzącego z oficjalnej linii producenta. Poza tym można trafić na destylat pochodzący z jednej beczki, rozlany bez rozcieńczania wodą (czyli w mocy beczki), bez filtracji i barwienia. No i jeszcze kwestia ilości - serie są zazwyczaj dość krótkie, nie przekraczają zwykle kilkuset butelek. Oczywiście te wszystkie cechy nie sprawiają, że taka whisky z automatu będzie lepsza, niż oficjalna wersja. Może być miażdżąco lepsza, ale też słabsza. Kwestia tego, jak się trafi. A do tego niezbędna jest spora wiedza i doświadczenie w poszukiwaniu tych najlepszych rozlewów.
Dzisiejsza Tobermory pochodzi od jednego z bardziej znanych dystrybutorów - Murray McDavid. To jeszcze nie top, raczej podstawowa linia bottlera. Ale są jednak powodu, dla których mnie zainteresowała. Po pierwsze - whisky Tobermory z oficjalnego rozlewu nie jest w Polsce zbyt popularna. Po drugie - ta wersja ma ciekawe "finiszowanie" - część okresu dojrzewania spędziła w beczkach po winie Rioja. Co z tego wyszło? Zapraszam dalej.