Po pierwszych wrażeniach, po kilku spokojnych degustacjach, mogę teraz na spokojnie usiąść i podzielić się swoimi wrażeniami.
Lagavulin wygląda dość skromnie. Moja żona, która mnie nim obdarowała, po wyjęciu butelki z kartonika rzuciła krótkie "To tak to wygląda? nic nadzwyczajnego...". Ale ta skromność, a jednocześnie prosta elegancja to duży atut tego opakowania. Nie musi być krzykliwe, nie narzuca się konsumentowi. Jest dla tych, którzy wiedzą. Wiedzą, że liczy się zawartość. A jaka ona jest?
Zapach to oczywiście torf, masa torfu. Razem z nim nozdrza atakuje jodyna i lekka morska bryza, gdzieś spod nich próbują przebić się owoce. Zapach jest potężny, intensywny, nieco drażni nos przy pierwszym kontakcie, ale jednocześnie zachęca, by znów się nim delektować. W nosie Lagavulin moim zdaniem jest odrobinę bardziej torfowo - morski niż Ardbeg, a przy tym aromaty wydają się bardziej poukładane i eleganckie. Może to kwestia wieku.
W ustach trunek wydaje się być nieco mniej potężny. Na języku początkowo dominują suszone owoce, przy czym nie towarzyszy im przesadna słodycz. Oczywiście owocom towarzyszy też spora dawka torfu i dymu, wspierana również jodynowo - medycznymi aromatami. Całość znakomicie się równoważy i dopełnia, nie jest przesadnie ciężka w odbiorze, wręcz zachęca do następnego łyka.
Finisz jest bardzo intensywny, szeroki, wytrawny i trwały. Ciągle czuć dym torfowy, pojawia się popiół a jodyna staje się bardziej wyraźna.
Co mogę napisać w podsumowaniu? Lagavulin 16 YO jest po prostu pyszny! Pewnie jeszcze wiele butelek whisky przede mną, ale na chwilę obecną to najlepszy szkocki malt, jakiego miałem okazję spróbować. A jak na swój wiek i klasę - nawet dość rozsądnie wyceniony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz