Po ostatniej "medalistce" dziś już nieco spokojniej. W zasadzie jeśli popatrzy się na opinie o destylarniach, to trafiamy trochę na drugi biegun. Ale spróbować trzeba wszystkiego, bo a nuż nas oszukują? Choć o Loch Lomond od ich własnego przedstawiciela usłyszałem, że kiedyś robili po prostu "shitty whisky", natomiast od kilku lat ponoć mocno pracują nad jakością, i już niedługo ma to być wyczuwalne.
Dzisiejsza bohaterka została wydestylowana w 2001 roku, więc raczej pamięta jeszcze stare czasy. Aczkolwiek jest to edycja "single cask" (beczka 127), wybrana przez (chyba) obecnego dystrybutora produktów LL w Polsce - firmę M&P. Można było sobie zakupić sampla na ostatnim warszawskim Whisky Live, więc w sumie czemu nie? Tym bardziej, że tych jednobeczkowych edycji Loch Lomond raczej nie ma zbyt wiele.
Whisky pochodzi z beczki po bourbonie, rozlana bez rozcieńczania wodą i barwienia. Choć do tego ostatniego pewności nie mam, ale kolor po 15 latach dość blady, więc karmelu zapewne nie używano. Nie wiem, spośród jakich beczek było dane wybierać selekcjonerom M&P, natomiast po głowie przed degustacją chodziło mi, że nawet bycie najlepszym wśród najsłabszych to raczej żadna nobilitacja. No ale zobaczymy.

W ustach podobnie - sporo słodyczy, takiej niekoniecznie wyrafinowanej. Krem waniliowy, gruszki w syropie, pudrowe cukierki, trochę miodu. Słodycz przełamana zostaje lekką pieprznością i alkoholem, na szczęście ten ostatni znów nie atakuje języka zbyt agresywnie.
I w sumie wszystko byłoby ok, gdyby nie finisz. Jest lekko wytrawny, z dębową goryczką, ale po przełknięciu pojawia się też jakiś nieprzyjemny aromat zbutwiałego drewna. Może to mój kiepski wieczór, a może to beczka wydawała jakieś ostatnie tchnienie, nie wiem.
Ogólnie ten mały akcent delikatne psuje całościowy, przyzwoity obraz Loch Lomond. Nie jest to jakaś poruszająca whisky, w swej słodyczy może wydać się monotonna, ale może być rozsądnym typem na wiosenno - wakacyjnego, lekkiego malta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz