Dziś do szkła trafia pierwsza na moim blogu whisky z rozlewu niezależnego.
Dla niezbyt zorientowanych w temacie na szybko wyjaśnię, o co z tymi rozlewami chodzi. Otóż jest grupa firm (ostatnimi czasy coraz liczniejsza), która zajmuje się kupnem beczek whisky od destylarni i ich późniejszym rozlewem. W zdecydowanej większości przypadków wiadomo, z jakiej gorzelni trunek pochodzi, choć bywają wyjątki.
A jaki jest cel takiego postępowania? Przecież oficjalna oferta destylarni jest na tyle bogata, że prawie każdy powinien znaleźć coś dla siebie. No właśnie, kluczowe jest stwierdzenie "prawie każdy". Whisky od niezależnych dystrybutorów to jakby kolejny krok na drodze poznawania tego trunku. Zazwyczaj rozpoczyna się od blendów, potem przychodzi czas na oficjalne malty, a dalej jest już tylko trudniej.
Niezależne rozlewy z kilku względów są bardzo interesujące. Przede wszystkim często dają możliwość poznania trunku nieco różniącego się od tego pochodzącego z oficjalnej linii producenta. Poza tym można trafić na destylat pochodzący z jednej beczki, rozlany bez rozcieńczania wodą (czyli w mocy beczki), bez filtracji i barwienia. No i jeszcze kwestia ilości - serie są zazwyczaj dość krótkie, nie przekraczają zwykle kilkuset butelek. Oczywiście te wszystkie cechy nie sprawiają, że taka whisky z automatu będzie lepsza, niż oficjalna wersja. Może być miażdżąco lepsza, ale też słabsza. Kwestia tego, jak się trafi. A do tego niezbędna jest spora wiedza i doświadczenie w poszukiwaniu tych najlepszych rozlewów.
Dzisiejsza Tobermory pochodzi od jednego z bardziej znanych dystrybutorów - Murray McDavid. To jeszcze nie top, raczej podstawowa linia bottlera. Ale są jednak powodu, dla których mnie zainteresowała. Po pierwsze - whisky Tobermory z oficjalnego rozlewu nie jest w Polsce zbyt popularna. Po drugie - ta wersja ma ciekawe "finiszowanie" - część okresu dojrzewania spędziła w beczkach po winie Rioja. Co z tego wyszło? Zapraszam dalej.
Mały blog o alkoholach; wrażenia z degustacji trunków wszelakich - od piwa, przez whisky, koniaki, wódki i wszelkie napoje dostarczające ciekawych doznań smakowych.
niedziela, 29 września 2013
czwartek, 26 września 2013
Stanislav Roasted Espresso
Po serii piwnych degustacji pora wrócić do nieco mocniejszych trunków. W szkle wyląduje dziś coś odrobinkę dziwnego. Choć w sumie patrząc na rozwój rynku wódek - to już chyba żadne zaskoczenie, po podobnych trunków jest już kilka. W każdym razie - dziś na tapetę trafił Stanislav Roasted Espresso.
Jest to jedna z tych wódek, które (niestety) powstawały w naszym kraju od razu z przeznaczeniem na eksport. Dziwna to sytuacja, gdy światowi giganci pchają się do nas drzwiami i oknami, a rodzimi producenci pomijają własny rynek, ale cóż, widać ktoś wiedział lepiej.
Co ciekawe - na oryginalnej nalepce widnieje informacja o 35% alkoholu, a na doklejonej polskiej - o 37,5%. Czyżby "odrzut z eksportu" był jakoś wzbogacany mocą?
Sam pomysł na taką wódkę wydaje mi się bardzo ciekawy (jest jeszcze kilka interesujących smaków), choć prawdopodobnie głównym zamierzeniem producenta było stworzenie solidnej bazy do koktajli. A czy da się to pić samo? Kiedyś słyszałem opinię, że Polacy nie potrafią pić wódek smakowych. Pod ogórki i śledzia to się nie nadaje, a żeby bawić się w domu w mieszanie? Szkoda czasu. Dzięki takiemu tokowi myślenia zniknęły z rynku smakowe Wyborowe, choć za nimi chyba nie ma co tęsknić.
W każdym razie - czy kawowy Stanislav nadaje się do picia solo, i co to w ogóle za trunek? Zapraszam dalej!
Jest to jedna z tych wódek, które (niestety) powstawały w naszym kraju od razu z przeznaczeniem na eksport. Dziwna to sytuacja, gdy światowi giganci pchają się do nas drzwiami i oknami, a rodzimi producenci pomijają własny rynek, ale cóż, widać ktoś wiedział lepiej.
Co ciekawe - na oryginalnej nalepce widnieje informacja o 35% alkoholu, a na doklejonej polskiej - o 37,5%. Czyżby "odrzut z eksportu" był jakoś wzbogacany mocą?
Sam pomysł na taką wódkę wydaje mi się bardzo ciekawy (jest jeszcze kilka interesujących smaków), choć prawdopodobnie głównym zamierzeniem producenta było stworzenie solidnej bazy do koktajli. A czy da się to pić samo? Kiedyś słyszałem opinię, że Polacy nie potrafią pić wódek smakowych. Pod ogórki i śledzia to się nie nadaje, a żeby bawić się w domu w mieszanie? Szkoda czasu. Dzięki takiemu tokowi myślenia zniknęły z rynku smakowe Wyborowe, choć za nimi chyba nie ma co tęsknić.
W każdym razie - czy kawowy Stanislav nadaje się do picia solo, i co to w ogóle za trunek? Zapraszam dalej!
wtorek, 17 września 2013
Anchor Brewing, Old Foghorn
Nie miałem dziś w planach sięgania po tak ciężką artylerię, ale niestety (a może stety?) pogoda mnie sprowokowała. W sumie może nawet nie tyle pogoda, co wspaniali kierowcy, którzy mimo kroczącego chodnikiem przechodnia, nie są w stanie bądź nie chcą ominąć kałuży. Piszę kierowcy, bo było ich kilku. Na ledwie kilometrowym odcinku. Zatem w szampańskim wręcz nastroju, ociekający deszczówką, wróciłem do domu i musiałem jakoś poprawić sobie humor. A że przy okazji trzeba się też jakoś rozgrzać? Padło więc dziś na barley wine, konkretniej Old Foghorn z browaru Anchorn.
Ten gatunek piwa nie jest niestety zbyt powszechny w naszym kraju. Nawet nasi rewolucjoniści niespecjalnie kwapią się do odkrycia go masom. Czy ma tu znaczenie, że piwa te są wybitnie słodowe i nie da się niczego zamaskować chmielem? Być może... W każdym razie - piwa na pewno mają stały krąg odbiorców, bo spośród importowanych frykasów właśnie barley wine najszybciej znika z półek. Może ktoś powiedzieć, że to ze względu na małe ilości. Ok, ale mimo wszystko piwa za ok. 20 złotych same się nie sprzedają. Coś w nich musi być. Co więc? Krótka lektura charakterystyki stylu, a nawet sama jego nazwa, wiele wyjaśniają. Piwa są mocne, złożone, z całym bogactwem sodowo - owocowych aromatów. A Old Foghorn jest jednym z jego solidnych przedstawicieli. Co oferuje? Zapraszam dalej!
Ten gatunek piwa nie jest niestety zbyt powszechny w naszym kraju. Nawet nasi rewolucjoniści niespecjalnie kwapią się do odkrycia go masom. Czy ma tu znaczenie, że piwa te są wybitnie słodowe i nie da się niczego zamaskować chmielem? Być może... W każdym razie - piwa na pewno mają stały krąg odbiorców, bo spośród importowanych frykasów właśnie barley wine najszybciej znika z półek. Może ktoś powiedzieć, że to ze względu na małe ilości. Ok, ale mimo wszystko piwa za ok. 20 złotych same się nie sprzedają. Coś w nich musi być. Co więc? Krótka lektura charakterystyki stylu, a nawet sama jego nazwa, wiele wyjaśniają. Piwa są mocne, złożone, z całym bogactwem sodowo - owocowych aromatów. A Old Foghorn jest jednym z jego solidnych przedstawicieli. Co oferuje? Zapraszam dalej!
poniedziałek, 16 września 2013
Anderson Valley, Winter Solstice Seasonal Ale
Jesień zbliża się nieubłaganie. Pora wyciągnąć z szaf cieplejsze kurtki, odporne na błoto i wodę buty, no i oczywiście pora też na nieco bardziej treściwe piwa. Na szczęście coraz łatwiej dostępne są u nas typowo sezonowe piwa, z mniejszych i większych, krajowych i zagranicznych browarów. Nad jednym z tych zagranicznych chciałbym się dziś troszkę poznęcać. Konkretniej nad Winter Solstice z browaru Anderson Valley.
Historia browaru to książkowy wręcz przykład kroczenia od prawdziwie rzemieślniczej produkcji aż do skali prawie przemysłowej. Zaczynali jako mały browar restauracyjny, a dziś przy delikatnym wysiłku można bez problemu kupić ich produkty w Polsce. Co najlepsze - osiągnęli sukces dzięki dobrym piwom, a zwiększenie produkcji ich nie popsuło. Przynajmniej póki co.
Oczywiście Anderson Valley chwali się ekologią - 40% energii elektrycznej, zużywanej przez nich, powstaje dzięki kolektorom słonecznym (pośrednio dowiadujemy się o tym już patrząc na kapsel). Dodatkowo dowiadujemy się o przerabianiu makulatury i butelkach, na których produkcję używa się 60% szkła z recyklingu. Nie wiem, czy świat dzięki temu będzie lepszy, piwo na pewno nie, ale zawsze lepiej powiedzieć o tym, niż że pijemy piwo ze smrodzącego molocha.
Ale żeby nie zapomnieć o najważniejszym! Jak smakuje sezonowy wytwór ekologicznego browaru? Zapraszam dalej!
Historia browaru to książkowy wręcz przykład kroczenia od prawdziwie rzemieślniczej produkcji aż do skali prawie przemysłowej. Zaczynali jako mały browar restauracyjny, a dziś przy delikatnym wysiłku można bez problemu kupić ich produkty w Polsce. Co najlepsze - osiągnęli sukces dzięki dobrym piwom, a zwiększenie produkcji ich nie popsuło. Przynajmniej póki co.
Oczywiście Anderson Valley chwali się ekologią - 40% energii elektrycznej, zużywanej przez nich, powstaje dzięki kolektorom słonecznym (pośrednio dowiadujemy się o tym już patrząc na kapsel). Dodatkowo dowiadujemy się o przerabianiu makulatury i butelkach, na których produkcję używa się 60% szkła z recyklingu. Nie wiem, czy świat dzięki temu będzie lepszy, piwo na pewno nie, ale zawsze lepiej powiedzieć o tym, niż że pijemy piwo ze smrodzącego molocha.
Ale żeby nie zapomnieć o najważniejszym! Jak smakuje sezonowy wytwór ekologicznego browaru? Zapraszam dalej!
Subskrybuj:
Posty (Atom)