Ale wracając do tego, co mam w kieliszku. Ta edycja Four Roses rozlewana jest z mocą 45%. Producent chwali się całą masą nagród, otrzymanych przez tą edycję, ale o samym trunku pisze niewiele. Trochę szkoda, ale w sumie liczą się efekty, a nie parametry. Pora więc sprawdzić, co się nalało to tej ładnej butelki (nawiasem bardzo wywrotnej i wrażliwej na nierówne podłoże...).
Butelka jak widać prezentuje się całkiem nieźle, a dodatkowo dzięki różyczkom wytłoczonym na froncie staje się dobrym kandydatem na wazon.
W nosie Four Roses na wstępie atakuje nieco alkoholem. Trochę mnie to zaskoczyło, bo moc nie jest przesadnie wielka, ale to chyba pochodna młodego wieku. Dalej jest już bardziej przyjemnie - pojawiają się nuty kwiatowe, miód, kukurydza, wanilia, a o tego trochę drewna - świeżo naostrzony ołówek, dębowe klepki i coś jakby odrobina igliwia. Wszystko okraszone lekkim aromatem świeżo pastowanej podłogi i... lukrecji?
Jako że moc nieco daje się we znaki, dolałem odrobinę wody. Jest lepiej, alkohol znika, Four Roses staje się dużo łagodniejszy, wyraźniejsze stają się słodkie aromaty.
W ustach ciągle zbliżone klimaty - początek słodki, ale na szczęście bez przesady. Znów sporo miodu, wanilii, syropu klonowego. Pod koniec bourbon staje się bardziej wytrawny, pojawia się pieprzność, aromat imbiru i dębowa tanina.
Finisz jest pieprzny, lekko wytrawny. Nie trwa zbyt długo, ale przyjemnie rozgrzewa.
Jak mogę podsumować swoje spotkanie z Four Roses Small Batch? Było przyjemne, bourbon lekko zaskoczył mnie swoją wytrawnością (spora różnica w porównaniu do podstawowej wersji), na minus też niestety dość wyraźnym alkoholem. Warto podziałać z odrobiną wody (a może i kostka lodu się sprawdzi), oby w umiarkowanych ilościach. Ogólnie to całkiem przyjemny trunek, dobre przejście od podstawowych bourbonów do czegoś nieco bardziej ambitnego. Do tego w całkiem rozsądnej cenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz