Pierwszy kontakt z piwem to oczywiście etykieta. Nie będę pisał czy mi się podoba czy nie, ale z pewnością zwraca uwagę. A wiadomo, że nawet najlepsze piwo przepadnie na półce, jeśli nie rzuci się w oczy.
Druga sprawa to kolor piwa. Zdjęcie nie jest może zbyt dobre, ale specjalnie robiłem je pod światło żeby pokazać, że faktycznie - jak na stouta przystało - jest nieprzejrzyste.
Piana na Słodkiej Krówce raczej średnia. Nie tworzy się jej zbyt wiele, a to, co powstanie, nie jest zbyt trwałe. Po kilku minutach zostaje tylko cienka warstewka i obrączka na szkle. Trudno...
Zapach delikatny, trochę palonego słodu i słodkie mleko.
Za to w ustach Sweet Cow jest całkiem wyraźna. Wstęp to oczywiście palony słód i lekki kwasek, a zaraz po nich, a w zasadzie razem z nimi, pojawia się słodycz laktozy. Na języku piwo sprawia wrażenie bardzo gładkiego, miękkiego, a przy tym jest lekkie i łatwe w piciu.
Finisz jest średnio intensywny, wytrawny, z wyraźną dominacją palonego słodu, ale płatki owsiane gotowane na mleku majaczą gdzieś na dalszym planie.
Z pewnością Sweet Cow znakomicie sprawdzi się jako piwo sesyjne - lekkie, ale smakowite, niezbyt "ekstremalne", w sam raz. Pewną przeszkodą może być cena, bo to już nie kwestia 3-4 złotych, a około siedmiu. Sporo, tym bardziej, że można znaleźć kilka przyzwoitych wyspiarskich piw w podobnej cenie (jak choćby to). Tyle tylko, że nie znajdzie się pośród nich żaden milk stout!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz