Zacząłem od jakiegoś rumu na rozgrzewkę.

Z tą cenną refleksją w głowie zmieniłem stoisko. No i zaczęły się prawdziwe dziwactwa.


Niech tylko zobaczą to jacyś szkoccy spece od finiszowania. Nos całkiem ciekawy, połączenie aromatów zbożowych z ziołowymi. Wpływ wermutu bardzo wyraźny, ale nie przytłaczający. Ciężko to z czymś porównać, bo tego typu aromatów w whisky jeszcze nie czułem. Poza tym trochę drożdży no i beczka, więc już bardziej klasycznie. Usta początkowo lekko słodkie, potem trochę zboża, pieprzu, a następnie kwaskowo-ziołowy smak wermutu. Finisz lekko pieprzny, zbożowy, z odrobiną kwasku i ziół. Mocno nietypowa rzecz, czegoś takiego jeszcze nie piłem, i nie wiem, czy jeszcze kiedyś na podobny trunek trafię. Czy nadawało by się to do wieczornego sączenia? To już kwestia gustu.
Następnym trunkiem był Dry Fly Distilling Port Finished Wheat Whiskey. To już nie takie dziwactwo, choć jak na USA na pewno ciekawostka. Nos bardzo gładki, delikatny, czerwone owoce, porto i czekolada, czyli zdecydowana dominacja beczki użytej do finiszowania. Usta słodkie, lekko zbożowe, znów wyczuwalne przede wszystkim wpływy słodkiego wina. Rzecz może średnio ciekawa, ale bardzo pijalna. Na pewno dla miłośników słodkich i delikatnych trunków.

W zapachu dominowały owoce, winogrona (to w sumie też owoce...), do tego trochę karmelu i beczki. W ustach bardzo gładki, sporo słodyczy, winogrona, toffie, czekolada. Finisz niezbyt długi, lekko pieprzny. W całej masie innych trunków przeszedł trochę niezauważony. Choć generalnie to bardzo przyjemny destylat.
Teraz przyszła pora na to, co szczególnie mnie kusiło na festiwalu. Rum, w dodatku w niezależnym wydaniu. O dziwo było ich całkiem sporo, oczywiście zajmowały się tym przede wszystkim firmy rozlewające whisky. A że wszyscy przyszli tam wiadomo po co, to do rumu koleje nie było, więc spokojnie mogłem sobie pooglądać, powybierać i bez pośpiechu zdegustować.


Przez chwilę dominował, ustępując jednak po chwili nieco pola bananom i budyniowi waniliowemu. W ustach na początku mała dawka słodyczy, potem nastąpiła lekko słona kontra, pojawiły się orzeszki ziemne, a potem znów słodkie klimaty - brązowy cukier, zielone banany. To jednak jeszcze nie koniec, bo po słodko-słonej mieszance znów pojawił się asfalt i odrobina dymy. Bardzo ciekawy rum, trochę w klimatach lekko dymnych szkockich maltów. Zdecydowanie wart spokojnej, powolnej degustacji.
Rumy były też na stoisku szwedzkich bottlerów ze Svenska Eldvatten. Wyszło jednak jakoś tak, że spróbowałem tylko jednego, ale za to nie byle jakiego - Rum Swedes Trinidad 1999/2014, 61%. To rum z nieczynnej już, świetnej destylarni Caroni. Tu w postaci single cask, bez rozcieńczania wodą. Nos to z jednej strony klasyczne aromaty - świeża trzcina, karmel, trochę ananasa i świeżej beczki, a z drugiej - odrobina soli i znów asfalt. Zapach solidny, intensywny, ale mimo wysokiej mocy bez alkoholowego uderzenia. Usta ze sporą dawką słodyczy, przy swojej mocy rum jest nadspodziewanie łagodny. Są owoce, trochę beczki i ślad dymu. Dobra rzecz. Szwedzi oferowali swoje butelki na sprzedaż, rumy po "about 250", więc pewnie dało by się potargować (choć oczywiście ja jak zwykle przed wypłatą...). Dużo? Sprawdźcie cenę w sklepach...

A na koniec coś, co prawie mi urwało pewne części ciała. Ok, może wielkiego doświadczenia nie mam, szczególnie z dobrej klasy rumem, ale wiem, co mi smakuje. Więc to urywanie traktujmy w tej kategorii, nie w kategorii open (chociaż...). Co zrobiło na mnie takie wrażenie? Znów Caroni. Konkretnie Caroni High Proof Heavy Trinidad Rum 1996/2013 (55%).
Nos to likier ze słodkich pomarańczy, ananasy w syropie, cukierki kukułki i kakao. Moc znakomicie ukryta. Usta wytrawne, przyprawy, skóra i tytoń. Do tego coś, co bym określił jako aromat mięsny - ciężko mi to inaczej określić, a aromat bardziej kojarzący się z winem, ale może będziecie wiedzieć, o co mi chodzi. Rum bardzo złożony, cała masa aromatów zarówno w zapachu, jak i na języku. To zdecydowanie najlepszy rum, jakiego próbowałem (ale mam nadzieję, że to się zmieni), i najbardziej krzywe zdjęcie w mojej przewspaniałej galerii.
A na koniec taka konkluzja - najlepsze whisky znikały ponoć bardzo szybko, natomiast ten ostatni rum próbowałem w niedzielę zaraz po przybyciu na targi. Niewiele już było w butelce, ale wieczorem ta resztka wciąż chyba stała na stoisku. Świetny destylat, z nieczynnej już destylarni, rozlewany za darmo. Gdyby to była whisky, to pewnie przy stoisku dochodziłoby do rękoczynów. Na przyszły rok trzeba więc zabrać dużo buteleczek na sample, no i trochę pieniędzy też trzeba będzie odłożyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz